262. Nie pokazuję na blogu twarzy mojego dziecka. Dlaczego?

Wiem, że część z Was zastanawia się lub zastanawiała nad tym, dlaczego nie pokazuję na blogu zdjęć mojego Malucha. Chodzi mi oczywiście o jego twarz, bo kilka razy częściowo można go było zobaczyć, na przykład w czasie zabaw z coolindą KLIK.

Co do twarzy Malucha będę konsekwentna i niestety nie będziecie mogli go tutaj zobaczyć. Dlaczego?

wizerunek

Nigdy jakoś specjalnie nie przepadałam za publikowaniem swoich prywatnych zdjęć w sieci. Na moich kontach na portalach społecznościowych nie ma zdjęć. Ani moich, ani mojego męża, ani Malucha. Owszem, kilka lat temu uległam pokusie i dodałam zdjęcie z wesela, ale tylko dlatego, że byli tam również moi znajomi, którzy chcieli tę fotkę tam zobaczyć. Zdjęcie po kilku dniach usunęłam ;) Mojego Malucha nie dodałam nigdy.

Zanim założyłam tego bloga, czytałam sporo różnych blogów, prowadzonych przez mamy. Prawie na każdym były dodawane zdjęcia dzieci. Czy mi to przeszkadzało? Nie. Nie jestem jakąś fanatyczką w tej kwestii. To, że ja tego nie robię nie oznacza, że inni też mają tego nie robić. Zastanawiałam się, czy blog bez wizerunku mojego Malucha ma w ogóle szansę przetrwać, czy czytelnicy będą chcieli tu zaglądać. Bloga prowadzę już prawie 1,5 roku, więc jednak można ;)

Latem 2012 r. wydarzyło się jednak coś, co spowodowało, że stałam się jeszcze bardziej ostrożna. Początkowo nic nie wskazywało na to, że to będzie najgorszy urlop w moim życiu.

Maluch miał prawie rok, nie miał jeszcze wtedy choroby lokomocyjnej, więc podróże nie stanowiły dla nas problemu. Wspólnie z mężem postanowiliśmy, że pojedziemy na kilka dni nad morze. Nie lubię jeździć w ciemno, więc odpowiednio wcześniej zabrałam się za poszukiwanie hotelu. Trafiłam na stronę, na której od kilku lat trwa konkurs na hotel przyjazny rodzinie. Wybrałam taki, który najbardziej mi odpowiadał, miał sporo atrakcji dla dzieci, takich jak sala zabaw, animatorka, basen. Jechaliśmy na ten urlop w świetnych nastrojach. Hotel wizualnie nas zachwycił. Cieszyłam się, że go wybrałam. Nie będę tu podawać jego nazwy, bo to co się tam wydarzyło, mogło się stać w każdym hotelu i nie tylko. Zdecydowałam się to opisać ku przestrodze. I chociaż po całym zdarzeniu obsługa hotelu nie zachowała się do końca tak, jakbym sobie tego życzyła w takiej sytuacji, to obiekt sam w sobie był naprawdę fajny, dlatego nie chcę tutaj wskazywać, o który konkretnie chodzi.

W każdym hotelowym pokoju był pewien rodzaj monitoringu, tzn. na ekranie telewizora mogliśmy sobie oglądać co się aktualnie dzieje w różnych częściach hotelu, np. w sali zabaw, na basenie itd. Początkowo uważałam to za genialne rozwiązanie, zwłaszcza dla rodziców, którzy mają trochę starsze dzieci. Można sobie siedzieć w pokoju i obserwować, czy z bawiącym się dzieckiem wszystko ok. Podgląd ten przydawał nam się wtedy, kiedy wybieraliśmy się z Maluchem na basen. Rzut okiem na ekran i już wiedzieliśmy, czy basen jest aktualnie zatłoczony, czy nie.

Do końca pobytu zostały nam jeszcze 2 dni. Nic nie wskazywało na to, że będziemy z tego hotelu uciekać i to w ogromnym strachu. Całą trójką udaliśmy się na śniadanie. Zwykle chodziliśmy wcześniej, ale akurat tego dnia nie chciało nam się wstawać i poszliśmy na krótko przed zamknięciem restauracji. Na sali było już niewiele osób, zaledwie kilka rodzin. Posiłki były wydawane w formie szwedzkiego bufetu, więc najpierw ja siedziałam z Maluchem przy stole, a tata Malucha poszedł po jedzenie. Poniżej zobaczycie układ tej restauracji, który narysowałam po to, żebyście mogli lepiej wyobrazić sobie to, co napiszę za chwilę.

 

restauracja

Po chwili się zmieniliśmy. Mąż usiadł przy stole (tyłem do wejścia, przodem do nas), a ja z Maluchem na ręku poszłam po coś do picia. Kiedy wracaliśmy do stolika, kątem oka widziałam, że ktoś wchodzi do restauracji. Nagle zobaczyłam błysk. Był to flesz aparatu, skierowanego wprost na mnie i Malucha. Zdjęcie robiła kobieta, elegancko ubrana, którą chwilę wcześniej widziałam wchodzącą (kątem oka). Stała tuż przy wejściu. Przyszła tam ewidentnie tylko po to, żeby zrobić nam to zdjęcie. Weszła tam z przygotowanym aparatem. Kiedy się zorientowała, że ją zobaczyłam, w ułamku sekundy odwróciła się i zaczęła uciekać. Uciekać, a nie wychodzić! Gdyby nie ten flesz, pewnie nie zwróciłabym uwagi na to, że robiła nam zdjęcie. W pierwszej chwili byłam w szoku. Usiadłam przy stoliku i ze spokojem w głosie powiedziałam mężowi, że przed chwilą jakaś obca baba robiła nam zdjęcie, po czym wybiegła z restauracji. Z każdym kolejnym słowem głos już mi się łamał i zaczęłam wpadać w lekką panikę, co to do cholery jasnej było! Nie wiem, dlaczego od razu nie pobiegłam za nią. Przypuszczam, że gdybym nie miała Malucha na ręku, to bym to zrobiła. Przez jakieś 2, 3 minuty intensywnie główkowaliśmy z mężem, kto to mógł być i dlaczego robił nam zdjęcie. Najpierw próbowaliśmy to sobie jakoś logicznie wytłumaczyć, że to pewnie była jakaś osoba z obsługi hotelu i po prostu robiła zdjęcia, jak to czasem w hotelach bywa. Zachowanie po zdjęciu jednak tu nie pasowało, ale ludzie różnie się zachowują, więc trzymaliśmy się tej wersji. Oczywiście już wtedy kiełkowała mi w głowie myśl, że może ktoś chce mi porwać dziecko i w ten sposób się do tego przygotowuje itd.

Postanowiliśmy zejść na dół, do recepcji i zapytać, czy ktoś od nich robił chwilę wcześniej zdjęcia w restauracji. Pani w recepcji stwierdziła, że nic na ten temat nie wie, ale zapyta jeszcze dyrektora, który również potwierdził, że to nikt z obsługi. Wiedziałam, że w restauracji jest monitoring, więc kazałam sprawdzić im nagranie i ustalać kto to był. My w tym czasie udaliśmy się do pokoju, bo Maluch prawie zasypiał mi na rękach. Siedząc w pokoju już zaczęłam wpadać w histerię. Czekając na informację z recepcji, w pośpiechu zaczęliśmy się pakować, bo wiedziałam, że nie chcę już tam zostać ani jednego dnia dłużej.

Po około 30 minutach dostaliśmy z recepcji telefon, że faktycznie monitoring potwierdził to, co mówiłam (no trudno, żebym sobie jaja robiła z czegoś takiego) i oni ustalili, że to pani, która jest gościem hotelowym i po prostu chciała sobie zrobić zdjęcia restauracji. Nie potrafiła jednak wyjaśnić, dlaczego zaczęła uciekać. Sami rozumiecie, że to co usłyszałam w żaden sposób mnie nie uspokoiło, bo wiedziałam już, że mam do czynienia albo z jakąś chorą babą albo z kimś, kto przygotowuje się do tego, żeby mi uprowadzić dziecko. Zdaję sobie sprawę z tego, że dla niektórych z Was moje przypuszczenia mogą wydawać się irracjonalne, bo przecież ktoś, kto chciałby porwać dziecko, nie popełniłby tak banalnego błędu, żeby dać się zauważyć. Ale przecież nigdy nie ma pewności, z kim ma się do czynienia – czy z zawodowcem, któremu zdarzył się prosty błąd, czy z totalnym amatorem, który może być równie niebezpieczny. Zaznaczę tylko, że nie należę do osób zbytnio strachliwych, ale tamtego dnia wewnętrznie czułam, że mojemu dziecku grozi jakieś niebezpieczeństwo. Zaleta hotelu (monitoring w pokojach) okazała się w jednej chwili jego wadą. Wspomniany podgląd może służyć takim ludziom do typowania sobie osób i planowania przestępstw.

Obudziliśmy Malucha i zaczęliśmy w pośpiechu opuszczać hotel. Nie myślcie sobie jednak, że samo wyjście z hotelu rozwiązywało problem, bo pozostawał jeszcze strach, czy ktoś nam jakiegoś nadajnika nie podczepił pod samochód lub może zna po prostu nasze dane i adres. Stwierdziliśmy, że nie pojedziemy od razu do domu, tylko najpierw kilka dni przeczekamy u rodziny i tam sprawdzimy samochód. Kuzyn męża jest mechanikiem, więc wiedzieliśmy, że wszystko dokładnie zbada. Niczego nie znalazł. Odetchnęłam z ulgą. Ale strach we mnie pozostał.

Naprawdę bardzo się bałam i nie życzę nikomu znaleźć się w takiej sytuacji. Dalszego wątku nie będę rozwijać, ale po kilku miesiącach wyjaśniło się, że to była kobieta, która już nie pierwszy raz robiła zdjęcia dzieciom w różnych miejscach, nie potrafiąc potem logicznie wytłumaczyć dlaczego i po co to robi. Z perspektywy czasu żałuję, że nie zgłosiłam tego od razu na policję, ale wtedy liczyło się dla mnie tylko to, żeby uciec jak najdalej stamtąd i chronić swoje dziecko.

Nie chcę, żeby ktokolwiek posiadał zdjęcia mojego dziecka, a już na pewno nie chcę się sama do tego przyczyniać, wystawiając mu je na tacy. Zdaję sobie sprawę z tego, że zawsze ktoś, gdzieś może mojemu Maluchowi zrobić zdjęcia (np. z ukrycia). Ale chcę to „ryzyko” ograniczyć do minimum.

mamiczka_logo

Mamiczka

O autorce: Mamiczka

Mama od września 2011 r. Wraz z Maluchem sprawdza i ocenia zabawki i książki dla dzieci. Chcesz być na bieżąco z nowymi wpisami na blogu? Zapisz się na newsletter lub zaglądaj do nas na facebooka i instagram.

47 komentarzy

  • Mamiczko, nie uważam, aby Twój lęk był irracjonalny. Tak to bywa, że uczymy się na błędach i z perspektywy czasu przeważnie wyciągamy wnioski. Zapewne sama bym nie wyciągnęła podobnych wniosków, być może nie zwracam aż takiej uwagi na otoczenie.

    Nie wszystko powinno być na pokaz. Ja teraz żałuję, że kiedykolwiek pokazałam Nadię na blogu. Mogłam wykombinować inny sposób na udowodnienie tego, że moje dziecko rzeczywiście bawi się danymi zabawkami, nosi konkretne ciuszki, czyta dane bajki.

    Nie wiemy czy za kilka lat nasze pociechy nie będą nam miały za złe, że ich zdjęcia pojawiły się w sieci.

    Jednakże to, co mnie przeraża to fakt, iż na wielu blogach pojawiają się bardzo intymne fotografie, pokazujące maluchy w kąpieli, na nocniczkach, w pieluszkach, tuż po porodzie, albo takie, które ośmieszają brzdąca.

    li_lia

    http://lilia.celes.ayz.pl/blog/

    • Według mnie tego typu zdjęcia powinny zostać w prywatnym archiwum, jako pamiątka, ale każdy żyje po swojemu, chociaż pewnie czasem nie do końca zdając sobie sprawę z pewnych rzeczy.

      • Ewa zwróciła uwagę, na bardzo istotną sprawę. Nasze dzieci kiedyś urosną i faktycznie mogą nie być zachwycone tymi fotkami. Baa wiadomo jaka jest młodzież, kiedyś jakiś kolega/koleżanka może takie zdjęcia wykorzystać dla zrobienia głupiego kawału, albo żeby dopiec/wyśmiać nasze dziecko. Tak na prawdę, wstawiając zdjęcia do internetu nie mamy pojęcia do czego inni mogą je wykorzystać. Dlatego ja również się ograniczam, jak do tej pory twarz mojego dziecka była widoczna tylko na jednym zdjęciu (mam nadzieję, że nie rzucającym się w oczy)

    • Też zwracam uwagę na te fotki porozbieranych maluchów czy to na blogach czy fb i zawsze się zastanawiam dlaczego rodzice to robią. Czy zwyczajnie nie myślą co z tego może wyniknąć, czy tak bardzo są tym swoim maluchem zauroczone i tak bardzo chcą się nim pochwalić? Jak widzę takie słodkie dziewczątko nad morzem w samych majteczkach to zaczynam się zastanawiać co się będzie działo jak taki pedofil w swoje łapy dorwie taką fotkę :/

  • www.dobrze-wydane.blogspot.com

    Ja jestem dopiero w ciąży, mam bloga, lifestylowego, modowego i obecnie o ciąży i macierzystwie. Będę go nadal pisać…także o modzie dziecięcej, ale nigdy nie pojawi się na nim twarz mojego dziecka.

  • nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, niczym z filmu, a koleśka podpada pod taką, która może straciła swoje dziecko i szukała by je zastąpic ;/ straszne

  • Przerażające i doskonale rozumiem, że wtedy bałaś się o własne dziecko! Z tego samego powodu i ja nie publikuję zdjęć twarzy synka na swoim blogu. Po co wywoływać wilka z lasu? Popieram Cię Mamiczko!

  • Też nie pokazuję zdjęć dziecka, bo nigdy nie wiesz, kto może wejść na stronę. Blogi ze zdjęciami są co prawda ładniejsze, ale wolę nie ryzykować. Bezpieczeństwo przede wszystkim!

  • W pełni zgadzam się z Tobą jeśli chodzi o nie pokazywanie twarzy dziecka. Sami z mężem prowadzimy bloga i taka decyzja została przez nas podjęta na początku. Dziecka na blogu nie ma,jeśli jest to sporadycznie, nigdy przodem. Nie używamy też jego imienia, jeśli jest to w komentarzu znajomego który to imię zna. Dla nas dziecko jest inspiracją a blog przemyśleniami i komentarzem codzienności. Dziecię to nasze życie prywatne, a Twoja opowieść utwierdza mnie w słuszności naszej decyzji #mama

  • Wyobrażam sobie twój lęk, lecz prawie do końca nie rozumiałam co ma wspólnego tamta historia tym, ze nie dodajesz zdjęć dziecka na bloga.

    Nie bronie dodawania zdjęć w sieci(choć sama na fb mam zdjęcia Syna) ale po pierwsze dziecko się zmienia. Trudno, żeby ktoś go poznał(szczególnie nieznajomy) po tym jak wyglądał np rok temu.
    Druga sprawa to taka czy aby na pewno porywacze dzieci śledzą w pierwszej kolejności internet? Wydaje mi się, że w realu czytają na dziecko. A przed tym się nie uchronisz.
    Wiele matek np uwagę innych przyciąga np pięknym różowym ubraniem dziewczynki itp nie myśląc o tym, że to też może być forma pokazania dziecka porywaczowi. Uważam, że nie można popadać z skrajności e skrajność.
    Ja mam taki charakter, że jakoś odrzucam od siebie te złe myśli, biorę życie pozytywnie mimo wielu gorzkich doświadczeń życiowych(może to one pomagają mi tak znosić życie?)
    Mieszkam na wsi i tu każdy każdego zna, więc nie boje się porwania. Poza tym moje dziecko nigdy nie zostaje samo na podwórku.

    Co do zdjęć np na fb TO CZASEM MYŚLĘ o tym, że za kilka lat mój Syn sam będzie miał profil i co wtedy? Co będzie myślał o mnie? Ze pokazywałam go jak był mały?
    .
    Przepraszam za nieskładność, ale zmęczona jestem :)

    • Faktycznie może nie do końca to wyjaśniłam. Chodzi o to, że blog jest miejscem publicznym. Zaglądają tu różne osoby. Obserwując hasła, po jakich czytelnicy tu trafiają z google, nie zawsze są one związane z tematyką bloga. Dzisiaj ustalenie czyjegoś miejsca zamieszkania nie jest problemem. I zakładając, że trafiłby tu ktoś, nawet przez przypadek, komu moje dziecko mogłoby się spodobać na tyle, że chciałby to wykorzystać w sposób, o którym wolę nawet nie myśleć, to po prostu nie chcę, żeby znalazł tu coś, co mogłoby go do tego skłonić. Problem zaginięć/uprowadzeń dzieci jest mi znany też od tej drugiej strony, bo od kilku lat wraz ze znajomymi prowadzę portal o poszukiwaniu osób zaginionych http://www.szukamywas.pl/forum/index.php. Są tam również historie dzieci, które zaginęły w tajemniczych okolicznościach i prawdopodobnie były wcześniej obserwowane. Dzisiaj przestępcy mają ułatwione zadanie, bo internet daje im tak naprawdę nieograniczone pole do popisu. Takie uprowadzenia się po prostu zdarzają, z różnych powodów. Więc nie publikując zdjęć dziecka w jakiś sposób zmniejszam to ryzyko, że ktoś, kto przegląda sobie różne zdjęcia, być może zwróciłby uwagę akurat na moje. Nie znamy schematu, według którego działają takie osoby.

    • „Druga sprawa to taka czy aby na pewno porywacze dzieci śledzą w pierwszej kolejności internet? Wydaje mi się, że w realu czytają na dziecko. A przed tym się nie uchronisz”.

      A dlaczego mieliby nie przeglądać internetu w poszukiwaniu celu? Tym bardziej, że ludzie ułatwiają jak mogą przestępcom pracę: chwalą się bez żenady autem, zegarkiem, wyjazdem. Potrafią wskazać, kiedy nie będzie ich w domu. Słowem, wielu wystawia się na cel, nawet nie wiedząc o tym. Wielu ujdzie to na sucho. Przestępcy nie obrobią przecież wszystkich. Ale na kogoś jednak trafi.

      Każde przestępstwo jest ryzykowne, ale porwanie jest chyba szczególnie ryzykowne i trudne. Chyba łatwiej ukraść samochód czy torebkę, niż porwać człowieka, prawda? Gdybyś miała przygotować się do tak trudnej i ryzykownej akcji jak porwanie, to czyhałabyś na kogokolwiek na chybił trafił, w przypadkowym miejscu i czasie, czy raczej wcześniej zaplanowałabyś i przygotowała całą akcję?

      Moim zdaniem odpowiedź jest oczywista.

      Zatem internet jest niewątpliwie narzędziem w rękach przestępców.

      Inny przykład. Pedofile to nie tylko znani dziecku wujek, sąsiad, ksiądz, nauczyciel, czy ktokolwiek inny z najbliższego otoczenia. To też często lubieżny staruch, który na czacie udaje 14-letniego kolegę, czy 13-letnią koleżankę. To jest internet, tu jest wszystko. Nie tylko miłe blogi o dzieciach.

  • Nie wyobrażam sobie co musiałaś przeżyć! I w pewnym sensie podziwiam Cię za opisanie tego tutaj, bo to nie mogło być łatwe. Ale ten Twój wpis tylko utwierdza mnie w przekonaniu, że zdjęć mojej Oleńki też nigdy na moich blogach czy w innych ogólnodostępnych miejscach w sieci nie będzie. Do tej pory robiłam tak bardziej z poszanowania jej prywatności – na zasadzie ‚skoro nie może powiedzieć czy chce, żeby jej zdjęcia były publikowane czy nie to lepiej ich nie publikować’ – ale Ty dołożyłaś do tego dużo poważniejsze argumenty…

  • Ja również jestem przeciw zdjęciom w sieci własnych pociech. Wprawdzie nigdy nie myślałam o tym jako o umożliwieniu jakiegoś porwania. Jednak pisząc bloga należy spodziewać się, że prędzej czy później znajdzie się jakiś hejter… po co dziecko ma obrywać i kiedyś to przeczytać. Kilka zdjęć na blogu mam, były konieczne na potrzeby pewnego projektu, jednak nie ma ich wiele i powiedziałam sobie, że więcej wstawiać nie będę. Chociaż patrząc po innych blogach, gdzie dzieci w prawie każdym poście zadtanawiam się, czy mój będzie miał siłę przebicia…

    • Patrząc na wyniki ankiety, którą przeprowadziłam na blogu, zdecydowana większość osób zaznaczyła, że ich zdaniem zdjęcia dziecka nie mają wpływu na atrakcyjność wpisu :)

  • brr. co za historia! co do zdjęć, to zgadzam się w 100%. u nas wprawdzie aż roi się od zdjęć Malucha, ale już doszłam do perfekcji w kadrowaniu bez widocznej buzi :) czasem widać fragment policzka, nosa, ale nigdy nie ma całej twarzy i nie widać, że to on :)

  • brzmi strasznie.
    mysle, ze moze nawet na wyrost, ale czy do konca? sama pewnie zrobilabym tak samo,nieprawdopodobne scenariusze w glowie…
    jednak czy trzeba od razu zakladac cos tak strasznego ? ;/
    chyba trzeba… na wyrost

    • Po czymś takim wolę jednak zakładać najgorsze, niż potem żałować, że tego nie zrobiłam. Takie rzeczy się zdarzają i niestety nie tylko w filmach. Tak jak pisałam w którymś z komentarzy wyżej, od kilku lat działam na portalu, zajmującym się poszukiwaniem osób zaginionych. Mamy tam wśród zaginionych również dzieci. Dramatu rodziców nie da się opisać słowami…

  • A ja uważam, że nie przesadzasz. Miałam 5 lat, jak sama zostałam porwałam spod meczetu w ZSRR (mój dziadek był Muzułmaninem), i tam w tym czasie się modlił, a kobiety i dzieci nie miały wstępu. Ja, blond loki, duże niebieski oczy siedziałam z kobietami nazewnątrz, jak podjechało auto, i faceci po prostu mnie zabrali do auta. I to było w czasach, jak rzekomo, nie kradli dzieci, 30 lat temu. Na szczęście, u mnie, wszystko dobrze sie skończyło ale ja dmucham na zimne. I według mnie, kobieta, uciekająca po zrobieniu zdjęcia- dziwna, to mało powiedziane. Rozumiem i w 100% popieram!

  • Jest jeszcze inny problem.. Bardzo lubię czytać blogi, można znaleźć wiele fajnych pomysłów na zabawę z dzieckiem. Często jednak spotykam na różnych blogach zdjęcia z przedszkoli czy szkół, innych miejsc.. i .. Ja bloga nie piszę, zdjęć mojego dziecka nigdzie nie wstawiam, fb nie posiadam. Niestety.. zdjęcie mojego dziecka może znaleźć się bez mojej wiedzy i zgody. Kiedyś zwróciłam uwagę jednej mamie, to mój komentarz nawet się nie pojawił. Bardzo proszę o to, żeby może taki post-akcja pojawiły się na blogach :) Byłabym bardzo wdzięczna. Dla niektórych to może nic wielkiego, ale naprawdę są osoby które sobie tego nie życzą. Uwielbiam mamy, które zamieszczając takie zdjęcia twarze zasłaniają :)

    • O tak, to jest dość duży problem, z którym też się borykam :/ Moi znajomi już wiedzą, że nie mogą nigdzie wstawiać zdjęć z moim dzieckiem bez mojej zgody (wiadomo, jak przychodzą znajomi z dziećmi, to robimy wspólne zdjęcia), ale czasem np. na placu zabaw są robione zdjęcia przez różnych rodziców i potem takie zdjęcie „grupowe”, m.in. z moim Maluchem widnieje gdzieś na profilu fb lub na nk i też mnie to denerwuje. Też czasem robię Maluchowi zdjęcia na placu zabaw, ale kiedy są akurat inne dzieci, to pytam ich rodziców/opiekunów o zgodę na sfotografowanie naszych bawiących się dzieci. Nigdzie jednak nie zamieszczam potem takich zdjęć. Nie wiem, czy inne blogi chciałyby się przyłączyć do takiej akcji, bo nie wiem, jakie zdanie na ten temat mają prowadzące je mamy. Ale ja pomyślę nad takim wpisem, bo bardzo się z Tobą zgadzam :)

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Możesz używać tych tagów HTML i atrybutów:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>