802. Bajki kwantowe – seria 1 + konkurs!

Czas na kolejną ciekawą książkę, którą objęłam patronatem medialnym. Tym razem jest to książka dla starszych przedszkolaków i dzieci w wieku szkolnym.

 

Bajki kwantowe Kamil Hajduk

 

 

Mały Błysk i Duży Błysk to dwa sympatyczne stworki, które są braćmi. Są połączeniem lisa i szopa. Mają długie uszy, świetliste futro i są złożone z fotonów. Maluch od razu polubił tych bohaterów.

 

Tekst jest napisany przystępnym dla dzieci językiem. W prosty sposób tłumaczy wiele ciekawych i przydatnych w szkole zagadnień z zakresu fizyki kwantowej  i kosmosu. Opowiadanie o braciach Błysk przeplatane jest krótkim omówieniem różnych zagadnień, takich jak Teoria Wielkiego Wybuchu czy Rok świetlny.

 

Kiedy chodziłam do szkoły, nie lubiłam ani typowej fizyki, ani nie interesowała mnie zbytnio tematyka kosmosu. Zdecydowanie bardziej wolałam matematykę i język polski. Z kolei mój brat ukończył studia o kierunku Lotnictwo i Kosmonautyka, więc będzie pomagał Maluchowi w nauce fizyki, bo na mnie nie będzie mógł liczyć w tej kwestii ;)

 

Na początku książki można wpisać imię dziecka. Jest to pierwsza część serii.

 

Ilustracje są bardzo proste i jest ich niewiele, ale są dobrze dobrane do tekstu.

 

Książka ma twardą okładkę i jest kwadratowego, poręcznego formatu.

 

To świetna propozycja dla dzieci i warto ją mieć w swojej biblioteczce.

 

Można ją kupić tu —->  Bajki kwantowe.

 

 

KONKURS

 

Zadanie konkursowe – w komentarzu pod tym wpisem napisz, jaki przedmiot w szkole najbardziej lubiłaś/lubiłeś i dlaczego lub jaki spędzał Ci sen z powiek.

 

Bawimy się od 12.01.2020 r. do 22.01.2020 r. do godz. 23.59.

 

Spośród zgłoszeń wybiorę 3 osoby, które otrzymają po jednym egzemplarzu książki Bajki kwantowe. Wyniki podam na dole tego wpisu w ciągu 3 dni od chwili zakończenia konkursu.

 

Komentarze na moim blogu są moderowane. Oznacza to, że Wasze konkursowe zgłoszenie nie będzie od razu widoczne. Powinnam je zaakceptować w ciągu kilku/kilkunastu godzin. Jeśli w ciągu 24 h nie pojawiłoby się wśród innych zgłoszeń, napisz do mnie na maila czymzajacmalucha@gmail.com.

 

Ważnym warunkiem zgłoszenia konkursowego jest podanie swojego adresu e-mail. Wypełniając pola komentarza macie tam odpowiednie miejsce do tego. To ważne, bo później z tego adresu mailowego zwycięzcy będą musieli się ze mną skontaktować.

 

Regulamin konkursu:
1. Organizatorem konkursu jest autorka bloga Czym zająć Malucha?
2. Konkurs trwa od 12.01.2020 r. do 22.01.2020 r. do godz. 23.59
3. Nagrodami w konkursie są 3 książki Bajki kwantowe.
4. Zgłoszenia konkursowe zostawiacie w komentarzu pod wpisem.
5. Ogłoszenie wyników nastąpi pod tym wpisem w ciągu 3 dni, a zwycięzcy mają 3 dni na to, aby skontaktować się ze mną mailowo z adresu, który podawali przy zgłoszeniu. Jeśli tego nie zrobią, wybiorę kolejne osoby.
6. Zastrzegam sobie prawo do usunięcia zgłoszenia, które narusza regulamin konkursu lub powszechnie przyjęte normy obyczajowe.
7. Dane osobowe zwycięzcy konkursu będą wykorzystane wyłącznie w zakresie niezbędnym do przeprowadzenia konkursu zgodnie z regulaminem.

 

Powodzenia!

 

Wyniki! Dziękuję za wszystkie zgłoszenia. Tym razem wygrywają Anna, Agnieszka C. i Mati:). Gratuluję :) Proszę o kontakt ze mną na czymzajacmalucha@gmail.com i podanie adresu do wysyłki.

 

 

Mamiczka

O autorce: Mamiczka

Mama Malucha od września 2011 r. Z dużym poczuciem humoru, dystansem do siebie i odrobiną szaleństwa. Żona taty Malucha, swojego totalnego przeciwieństwa. Bądź z nami na bieżąco i zaglądaj na nasz Instagram.

14 komentarzy

  • W podstawówce uwielbiałam technikę , a w liceum fizykę – w obydwóch przypadkach z powodu nauczycieli , którzy genialnie opowiadali różne historie , wszyscy byli zasłuchani tym bardziej , że kiedyś nie było takie oczywiste czytanie dzieciom a tym bardziej opowiadanie, a nienawidziłam oczywiście matmy , której nie umiem i nie rozumiem do dziś🤣

  • Matematyka w szkole podstawowej była dla mnie magią. Niestety zmieniło się to wyżej. Ale wtedy, w tej szkolnej ławie, gdy odkryłam, że liczyć można w nieskończoność, byłam jak w siódmym niebie.Kiedy po raz pierwszy policzyłam do stu, byłam dumna, jakbym zdobyła Everest. A to dzięki podejściu Pani Ewki – tak do niej mówiliśmy, choć dyrekcja się burzyła. Ale Ona – nie. Ona nie skupiała się na konwenasach, tylko na matmie. Pokazała nam proste połączenie: wartość–liczba–znak – i sens bycia cierpliwym i dokładnym. Te godziny matematyki były niesamowite.

  • Plastyka moja zmora. Nie umiem malowac, rysowac, nie mam do tego ani zdolnosci ani cierpliwości. .. do tej pory zresztą wszelkie prace manualne są dla mnie ciężkie po prostu. Jestem książkowym przykładem tego, że można mieć dwie lewe ręce do czegoś. Próbuję czasami dla córki i z nią coś porobić ale jedyne co mi wychodzi to kolorowanie gotowych kolorowanek. Za to matematyka to moja miłość. W dużej mierze dzięki nauczycielom, a może dzięki temu że w zyciu u mnie zawsze rozsądek góruje nad sercem. Łatwiej mi wszystko przychodzi gdy mam to uregulowane pewnymi zasadami. . a plastyke trzeba czuć ;)

  • Mój ulubiony przedmiot na każdym etapie edukacji to wychowanie fizyczne, uwielbiałam ruch, skakanie, bieganie i gry zespołowe, poszłam nawet do liceum sportowego, ale niestety teraz to tylko miłe wspomnienie bo podbiegnięcie do autobusu sprawia, że zastanawiam się czy to nie zawał😜 biologia też mnie bardzo interesowała a nieznosiłam historii, uważałam że trzeba poznawać świat wokół a nie rozpamiętywać przeszłość, gdy dorosłam zrozumiałam jaką byłam ignorantką i mimo że dalej historia mnie nie fascynuje, wiem jak jest ważna i że o wielu wydarzeniach nie można zapominać.

  • Wbrew wszystkim moim ulubionym przedmiotem w szkole była MATEMATYKA! Zdolności do niej odziedziczyłam po tacie, który również był z matmy naprawdę dobry! To również chyba dzięki temu, że na początku trafiłam na nauczyciela, który świetnie nam potrafił wszystko wytłumaczyć i doceniał nasze wszelkie starania, a jak wiadomo każda pochwała na dzieciaki działa motywująco! Później co prawda trafiła mi się wymagająca “osa”, ale taka, która świetnie tłumaczyła. A skoro miałam dobre podstawy, to dalej “łapałam wszystko jak pelikan”! :)
    Matematyka w zasadzie była jedynym uwielbianym przeze mnie przedmiotem, który sprawia mi radość po dziś dzień. Wytłumaczenie zadania bratanicy męża, to dla mnie czysta przyjemność, podobnie jak usiąść i zwyczajnie zrobić kilka zadań, ot, tak dla siebie :)

  • Fizyka właśnie była przedmiotem, który spędzał mi sen z powiek w gimnazjum i liceum. Prawdopodobnie dlatego, że jestem urodzonym humanistą i moje ciało wykształciło naturalny immunitet na wiedzę, która spłyca fenomeny otaczającego nas świata do postaci równań, działań i wzorów. Przedstawiona powyżej książka wydaje się być niepozbawiona małej iskry romantyzmu, więc myślę, że byłaby dobrą okazją dla mnie do nadrobienia zaległości, a dla mojego syna-przedszkolaka do uzyskania nad tym niewdzięcznym przedmiotem przewagi już na starcie.

  • Mimo iż jestem typowym ścisłowcem, a pisownia niektórych wyrazów sprawia mi problem po dziś dzień, to moim ulubionym przedmiotem w liceum był język polski. Oczywiście był ku temu konkretny powód – polonistka – kobieta dzięki której „chciało się chcieć” uczyć, chociaż w zasadzie poprzez specyfikę prowadzenia przez nią zajęć często była to świetna zabawa :)
    Już na jednej z pierwszych lekcji, opanowując sztukę budowlaną oraz teatralną stawialiśmy Olimp – ze stołów, krzeseł i wszystkiego co w klasie do tego się nadawało. Każdy uczeń przeistaczał się w wybranego przez siebie boga i przedstawiał się pozostałym ustawiając się w hierarchii olimpu.
    Nasza polonistka zachęcała nas również do pisania swoich pamiętników, których wybrane przez nas samych fragmenty odczytywaliśmy. Przy melancholijnym nastroju zasłanialiśmy okna i zapalaliśmy świece; przy radosnym puszczaliśmy muzykę z magnetofonu (bo były to jeszcze czasy kaset); mogliśmy nawet zapalać kadzidełka.
    Inscenizowaliśmy teatrzyki wybitnych poetów, ale również te, które sami napisaliśmy.
    Poza tym nasza nauczycielka miała swój system oceniania nas – dzięki temu że mieliśmy po kilkadziesiąt ocen w trakcie semestru, jedna czy dwie ocenowe wpadki nie miały znaczenia. Wyglądało to mniej więcej tak: kilka sekund po dzwonku wpadała jak torpeda do klasy i od progu wołała: „Numer 5, 10, 15 i 20 wyciągają kartki i piszą kartkówkę. Dziewczyny w spódnicach i chłopcy w koszulach w kratkę – piszą dyktando. Reszta klasy otwiera książki na stronie 123 i interpretuje wiersz.” W ten sposób w 20 minut cała klasa była „przepytana” i oceniona. Muszę przyznać, że po wielu latach, całkiem sporo z tych lekcji pamiętam – pewnie dlatego że zamiast nudnego kucia na pamięć, lekcje były z mnóstwem emocji, a nauczycielka pełna empatii :)

  • Przedmiot, który najbardziej zapadł mi w pamięć to biologia w liceum. Mimo, iż uwielbiana przeze mnie (i całą moją klasę o profilu biologiczno-chemicznym), była po prostu w nadmiarze. Mieliśmy jednak na to sposób.
    Nasza nauczycielka uwielbiała opowiadać. O tak, słowotok to był jej żywioł. Tak więc systematycznie ją zagadywaliśmy, a jeszcze gdy tematy dotyczyły jej osobistego życia to potrafiła przegadać całą lekcję na temat „życia”. Do dziś pamiętam historię od tym, jak przez 25 lat małżeństwa oduczała swojego męża jedzenia sałaty z sosem winegret, którego ona osobiście nie znosiła, a mąż uwielbiał (bo tak przygotowywała ją jej teściowa). Za każdym razem gdy przygotowywała sałatę (w każdą niedzielę), z apteczną precyzją odmierzała składniki, robiąc sos coraz rzadszy, aż w końcu po 25 latach w końcu zniknął ze stołu – mąż nawet się nie zorientował że czegoś brak.
    Muszę przyznać, że to się nazywa wytrwałość ;)

  • Który młody chłopak nie lubi majsterkowania ? Wiercić, wbijać gwoździe, piłować… Z tego co pamiętam, to w podstawówce wszyscy moi koledzy z klasy to uwielbiali, a ja się od nich nie różniłem pod tym względem. Dlatego też, moim ulubionym przedmiotem były prace techniczne. Dodatkowym bonusem tychże zajęć był fakt, iż stoły w naszej pracowni były już bardzo stare i mogliśmy z nimi robić co tylko chcieliśmy – rzeźba dłutem, dziury na wylot – tego nie da się zapomnieć

  • W szkole podstawowej uwielbiałem technikę za sprawą czarnego humoru naszego nauczyciela. Mówiliśmy na niego złotousty, bo każde jego słowo było na wagę złota.
    Na początku projektu mawiał: “Zawsze znajdzie się rada, choć nie każda się nada”.
    W trakcie naszyc prac, chodził między ławkami i z niewzruszoną miną wytykał: “krzywo, żle, nie dobrze…”, a potem z miną świadczącą o bliskiej apokalipsie prawił: “Nie ważne czy prosto, nie ważne czy krzywo, ważne żeby było równo!”.
    Uwielbiam prace techniczne do dziś.

  • Szczerze nie znosiłam chemii. Mój umysł nie ogarnia zawiłości, że na przykład Fenyloetyloamina jest naturalnym związkiem biosyntetyzowanym z egzogennego aminokwasu fenyloalaniny poprzez enzymatyczną dekarboksylację. Dla mnie magia. W szkole miałam układ z kolegą, dla którego powyższe było fascynacją wręcz, że sprawdziany pisał za mnie, a ja za niego pisałam klasówki i prace domowe z francuskiego, którego nie był w stanie zapamiętać :-) Języki obce kochałam, francuski, angielski sam wchodził mi do głowy i myślę, że była to zasługa wspaniałych nauczycieli-fascynatów, na których trafiłam i którzy potrafili pokazać mi, że nauka języków obcych jest nie tylko przydatna, ale i może sprawiać przyjemność.

  • Historia. Ten przedmiot w szkole zawsze przyprawiał mnie o ból brzucha. Mimo nauki, chyba ze stresu i zdenerwowania myliłam daty, wydarzenia, imiona królów, tereny, które podbili, i to, co osiągnęli, albo i nie. Nauczyciel też nie umiał odpowiednio wiedzy przekazać. Za to po sprawdzeniu kartkówek, największe głupoty i brednie wypisane przez uczniów wyczytywał publicznie przed całą klasą. Jedni się śmiali, inni powodu do śmiechu nie mieli. Koszmar. Nawet nie chcę wracać do tego pamięcią. Lekcje historii to zawsze był dla mnie horror.

  • W szkole najmniej lubiłam matematykę i myślę że to delikatne określenie tego co czułam do tego przedmiotu. Nigdy nie rozumiałam po co mi umiejętność obliczania cotangensow i reszty badziewia dlatego też mimo czerwonego paska zawsze najgorsza ocenę miałam wlaśnie z maty. Dziś inaczej patrzę na ten przedmiot i wielce bym się cieszyła gdyby umiejętności matematyczne moje dzieci odziedziczyły po ojcu, któremu świetnie wychodziły obliczenia. Za to uwielbiałam historię (zwłaszcza starożytność) bardzo fascynowało mnie to jak kiedyś wyglądało życie w Egipcie, Grecji, Rzymie itd. W liceum miałam nauczycielke, która zawsze dzielila się z nami interesującymi faktami np. że Kleopatra tak naprawdę była brzydka, jakiś tam król był gejem, caryca Katarzyna prowadziła rozwiązły tryb zycia-sporo tego było:P Jako osoba dorosła uważam jednak, że zbyt wiele czasu poswiecalo się czasom starożytnym a za mało współczesności bo to przecież ma największy wpływ na to w jakim punkcie aktualnie, jako naród się znajdujemy. Lubiłam też język polski i choć obecnie czytam głównie książki dla dzieci to wcale mi to nie przeszkadza, wierzę że dzięki temu moje dzieci wyrosną na mądrych i wrażliwych ludzi. Z miłości do książek chyba się nie wyrasta(mam taką nadzieję;)). Chemia też mi się podobała chociaż zawsze ubolewam nad tym że nie mamy sal jak w amerykańskich filmach gdzie przeprowadzają sporo ciekawszych eksperymentów:P

  • Moim ulubionym przedmiotem w szkole był język angielski. Od początku przypadł mi do gustu. Stosunkowo szybko przyswajałam kolejne słówka i zwroty. Dzięki miłej Pani nauczyciele i pewnie zdolnościom językowym miałam zawsze dobre oceny z tego przedmiotu. A dziś….sama jestem Panią od angielskiego :)
    Natomiast najgorszym przedmiotem szkole była od zawsze matematyka. Trudna, zawiła, skomplikowana do bólu. A dziś…bez kalkulatora nic nie obliczę :)
    Wniosek – nasze sympatie/antypatie w szkole mogą w sposób znaczący przekładać się na dorosłe życie.

Zostaw komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Możesz używać tych tagów HTML i atrybutów:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>