854. Edukacja domowa – plusy i minusy. Roczne podsumowanie.

Nadszedł czas na podsumowanie tego roku szkolnego, w którym Maluch był w edukacji domowej. To był nasz pierwszy i pewnie ostatni raz w tym systemie. Planowałam regularnie przygotowywać wpisy o tym, jak sobie radzimy, ale plany to jedno, a życie to drugie. Do tej pory udało mi się zamieścić tylko jeden wpis na ten temat, na samym początku —>  Nasze początki w edukacji domowej. Pisałam tam przede wszystkim o tym, jak się przygotowywałam do wdrożenia w taki system edukacji.

 

 

Co mogę powiedzieć po roku edukacji domowej?

 

Czy żałuję podjętej decyzji? Nie. Uważam, że to była jedna z najlepszych, jakie podjęłam w zakresie rodzicielstwa. Nie oznacza to jednak, że zawsze było lekko, łatwo i przyjemnie, ale o tym za chwilę.

 

Jak wiecie, decyzja o przejściu w klasie 3. na edukację domową spowodowana była sytuacją z koronawirusem. Jako osoba, będąca w tzw. grupie ryzyka, musiałam szczególnie uważać. Aby nie narażać nas na to, że Maluch może coś przynieść ze szkoły, zdecydowaliśmy się na roczną naukę w domu. Ci z Was, którzy zaglądają do nas na Instagram wiedzą, że niewiele to dało, bo i tak całą trójką zachorowaliśmy na tego wirusa ;) Pomimo tak dużej izolacji.

 

Cieszę się, że miałam okazję spróbować czegoś innego. Zobaczyć, jak to jest uczyć dziecko w domu. To mi pokazało nieudolność tradycyjnego systemu edukacji. Wcześniej nie zdawałam sobie sprawy z tego, jak dużo czasu w szkole się po prostu marnuje. Tak naprawdę, to cały materiał przerobiliśmy w 2 miesiące. Poświęcając na to po około 3 godziny dziennie od poniedziałku do czwartku. W piątki nie robiliśmy żadnych lekcji. Maluch oglądał wtedy różne filmy edukacyjne, o wybranej przez siebie tematyce.

 

Niewątpliwie największym plusem, moim zdaniem, jest brak marnowania czasu. W dużo krótszym czasie niż w szkole, można omówić z dzieckiem daną partię materiału. Dla Malucha z kolei największym plusem był brak prac domowych. Nie było po prostu takiej potrzeby. Czas, który poświęcaliśmy na wspólne lekcje, w zupełności wystarczał.

 

W czasie tego roku szkolnego, w dalszym ciągu pracowałam na etacie. Wprawdzie zdalnie, ale musiałam swoją pracę wykonywać terminowo. Po roku stwierdzam, że to było dla mnie bardzo duże obciążenie. Niby tak tego na co dzień nie odczuwałam, ale analizując cały ten rok szkolny, to nie miałam prawie wcale jakiegoś czasu wolnego dla siebie. Jak już byliśmy po lekcjach i byłam już po pracy, to po prostu odpoczywałam. Nie miałam energii do tego, aby przygotowywać tutaj jakieś wpisy. Niewiele też czytałam książek. Najlepiej odpoczywałam po prostu nic nie robiąc. Myślę, że dużo łatwiej jest rodzicom, którzy w czasie edukacji domowej nie pracują zawodowo. Lub jeśli nie jest to praca pełnoetatowa, a jedynie jakaś dorywcza. Oczywiście to wszystko jest do pogodzenia, ale jednak dużo większym kosztem.

 

Nie miałam jako takich momentów zwątpienia. Ani razu nie żałowałam podjętej decyzji. A kiedy dzieci w szkole przeszły na edukację zdalną, to jeszcze bardziej doceniłam to, że mogliśmy przerabiać materiał w swoim tempie, według własnych zasad. W poprzednim roku szkolnym, denerwowało mnie to, że muszę coś robić pod dyktando nauczycielki. Zlecane zadania do wykonania często wydawały mi się nudne i niepotrzebne. W toku edukacji domowej jest pod tym względem totalna dowolność. Owszem, są ogólne ramy, które dziecko musi opanować, czyli tzw. podstawa programowa. To potem z tego zakresu weryfikowana jest wiedza na egzaminach końcowych. Jednak podręczniki szkolne były dla nas zaledwie wskazaniem kierunku, w którym mamy iść. Korzystaliśmy przede wszystkim z innych książek, które dużo ciekawiej i przede wszystkim szerzej omawiają różne tematy. Ponadto, zauważyłam w szkolnych podręcznikach bardzo dużo błędów, również takich merytorycznych. Gdyby to były tylko literówki, to łatwiej byłoby mi to zaakceptować. Jednak skala tych błędów była na tyle duża, że potem straciłam już zaufanie do tych książek i wolałam przekazywać Maluchowi wiedzę w oparciu o inną literaturę. Jestem pewna, że w młodszych klasach również były takie błędy. Przyznaję jednak, że nie przeglądałam nigdy ani podręczników Malucha, ani zeszytów ćwiczeń, więc nie miałam pojęcia o tym, co się w nich dzieje. Edukacja domowa otworzyła mi oczy. Doprawdy nie wiem, jak te książki przeszły jakąkolwiek korektę.

 

Dużą zaletą edukacji domowej na pewno jest ta swoboda w przerabianiu materiału. Tylko ode mnie zależało, co i kiedy będziemy robić. Były sytuacje, kiedy przez wiele tygodni nie robiliśmy totalnie nic. Było to spowodowane problemami rodzinnymi (jak wiecie w lutym niespodziewanie zmarł mój tata), przez co ostatnią rzeczą, o jakiej myślałam, była nauka. Nie wpłynęło to jednak na ogólną edukację Malucha, bo jak wspominałam wcześniej, tak naprawdę w listopadzie mieliśmy już omówiony cały materiał wymagany na egzaminie. Potem zostało nam już tylko powtarzanie i utrwalanie tych najważniejszych kwestii. Tu uczulam na to, że warto jednak ten materiał powtarzać. Po kilku miesiącach dziecko może już nie pamiętać wielu rzeczy. Sama się o tym przekonałam. Wydawało mi się, że coś jest na tyle proste i logiczne, że raz lub dwa razy omówione, zostanie w głowie Malucha na dłużej. Okazało się jednak, że nie zawsze tak jest. To, co dla mnie wydawało się banalne, nie zawsze okazywało się takie dla Malucha. Przykładem tego jest pisemne dodawanie i odejmowanie. Po mniej więcej 3 miesiącach przerwy, musiałam tłumaczyć Maluchowi to wszystko od nowa. Dziś, bogatsza o te doświadczenia, pewnie część rzeczy robiłabym inaczej.

 

Jak się jednak pewnie domyślacie, taka swoboda rodziła również pewne komplikacje. Już sam fakt, że rodzic staje się nagle nauczycielem, jest trudna dla dzieci. Dziecko, które zna już szkolny system, zupełnie inaczej traktuje w roli nauczyciela rodzica i osobę obcą. Szkolnemu nauczycielowi dużo łatwiej, moim zdaniem, zmobilizować dziecko do systematycznej nauki. Nie mogłam zapominać o tym, że jestem przede wszystkim mamą. Nauczyciel to była jedynie przejściowa rola. Po dłuższych przerwach dużo trudniej było również namówić Malucha na powrót do regularnej nauki. Chodząc do szkoły wiedział, że zaczyna i kończy lekcje o konkretnych godzinach. W domu dużo trudniej było go do tego zmobilizować, pomimo tego, że i tak ma dość duże poczucie odpowiedzialności. Rano chciał dłuższej pospać, zająć sobie czas po swojemu. Początkowo szło nam dużo lepiej w tej kwestii. Z czasem, stawało się to coraz trudniejsze. Maluch nie jest dzieckiem, które samo z siebie rzuci się na książki edukacyjne lub w ramach rozrywki zacznie rozwiązywać zadania matematyczne. W tej tematyce wdał się we mnie. Nauka to jedynie konieczność, nie zawsze przyjemna ;) Oczywiście są przedmioty i tematy, które go bardzo interesują (przyroda) i do tego nie trzeba go zachęcać. Ale np. z matematyką było już dużo trudniej. Matematyka to było zdecydowanie nasze największe wyzwanie.

 

Wakacje tak naprawdę mogliśmy zacząć już na początku tego roku, ale zdecydowałam, że Maluch podejdzie do egzaminów dopiero w czerwcu. Trzeba wziąć pod uwagę to, że takie egzaminy to nie są zwykłe klasówki. Zupełnie inaczej pisze się sprawdziany na bieżąco z małej partii materiału, a zupełnie inaczej całoroczne egzaminy. Pod koniec maja zgłosiłam w szkole jego gotowość do zakończenia roku szkolnego i wszystko przebiegło potem w bardzo przyjaznej i miłej dla Malucha atmosferze. Za to jestem wdzięczna szkole, nauczycielom i dyrekcji, bo jednak takie kilkudniowe egzaminy były dla Malucha sporym stresem i przeżyciem. Nasza szkoła nie miała do tej pory żadnego doświadczenia w edukacji domowej, więc wspólnie przecieraliśmy szlaki. Maluch poradził sobie na egzaminach bez problemu i wrócił z nich zadowolony i dumny z siebie. A to było dla mnie bardzo ważne, bo jednak ostatnie miesiące były dla nas wszystkich ciężkie i pełne trudnych emocji. Jestem ogromnie dumna z Malucha, że tak dobrze sobie poradził. W międzyczasie, razem z dziećmi z klasy, pisał również ogólnopolski test trzecioklasisty, który również poszedł mu świetnie.

 

 

Na koniec wspomnę o tym, że dla Malucha na pewno dużym utrudnieniem była izolacja od rówieśników. Nie uważam jednak tego za minus edukacji domowej, bo gdyby odbywała się ona w innych warunkach, niż pandemia, to ten kontakt byłby regularny. Maluch nawet by tego nie odczuł, bo normalnie uczęszczałby wtedy na różne klasowe wycieczki i zajęcia dodatkowe. Pod tym kątem, izolację od rówieśników uważam za największy mit edukacji domowej. Tak naprawdę przerwy w szkole między lekcjami są krótkie, a w czasie zajęć dzieci w większości przypadków pracują z materiałem samodzielnie. Poza tym, dużo łatwiej i szybciej jest opanować materiał w zaciszu domowym, niż w pełnej gwary klasie.

 

Pamiętajcie, że to są moje subiektywne odczucia. W innych domach może to przebiegać zupełnie inaczej. Każdy z nas jest inny, ma inne oczekiwania i inne potrzeby. Dlatego to, co dla mnie było plusem, dla kogoś innego mogłoby być minusem.

 

Mam nadzieję, że Maluch pójdzie do 4. klasy już w tradycyjny sposób. Ale jeśli kiedyś pojawi się potrzeba edukacji domowej, to wiem już, że nie ma się czego bać. Wszystko jest do ogarnięcia. Jeśli zastanawiacie się, czy warto spróbować z edukacją domową, to moim zdaniem warto. Najtrudniejsze jest podjęcie tej decyzji, zwłaszcza, że sporo osób z otoczenia może mieć na ten temat zupełnie odmienne zdanie. Ludzie zazwyczaj boją się tego, czego nie znają i wybierają to, co znane, nawet jeśli to, co nowe, mogłoby być lepsze. Ja akurat jestem odporna na tego typu rozmowy i decyzje tego typu podejmuję samodzielnie. Nie potrzebuję do tego żadnych konsultacji i polecam tę metodę ;) Warto posłuchać swojej intuicji. To nasz najlepszy doradca.

 

 

Mamiczka

O autorce: Mamiczka

Mama Malucha od września 2011 r. Z dużym poczuciem humoru, dystansem do siebie i odrobiną szaleństwa. Żona taty Malucha, swojego totalnego przeciwieństwa. Mieszkają z nami: chiński grzywacz, gekon lamparci i dwa myszoskoczki. Bądź z nami na bieżąco i zaglądaj na nasz Instagram.

2 komentarzy

  • Super Mamiczko. Mam podobne spostrzezenia w edukacji domowej swoich chlopakow. Material jest spokojnie do ogarniecia w 2 h dziennie. Pozostaly czas spedzalismy na lekcji biologii w lesie, na lonie natury lub na placu zabaw. W piatki mielismy wolny dzien o zeszytow i ksiazek i robilismy cos w ogrodzie, pieklismy lub gotowalismy cos razem. Ja edukacje bede kontynuowac, poniewaz nienormalnoscia jest dla mnie w jaki sposob traktowane sa dzieci, ktorym od malego wgrywaja do glowy systemowe myslenie, ktory niekoniecznie im sluzy szczegolnie teraz w czasach ‘pandemii’. W Irlandii nie ma zadnych sprawdzianow na koniec roku na szczescie. Jedyne co dziecko musi podejsc do egzaminow po 6 klasie podstawowki (polskiej 8-mej) by dostac sie do szkoly sredniej czyli u Nas to za dwa i trzy lata. Ksiazki na nowy rok kupilam.. Chlopcy sami wybierali sie z jakich sie chca uczyc. Cala nauka jest przyjemnoscia, bez stresow zwiazanych z przepytywaniem, sprawdzianami, nauka wierszy na pamiec itp.
    Edukacja domowa jest swietnym rozwiazaniem dla kazdego dziecka. Ja jestem zadowolona!
    Ciesze sie, ze wy takze mieliscie mile wspomnienia. Sciskam mocno.

    • Mamiczka

      Sprawdziany, które i tak nie weryfikują wiedzy dziecka to przede wszystkim niepotrzebny stres. Teraz, od 4. klasy, zaczną się u nas już normalne oceny. A co za tym idzie, rywalizacja. Czasem przybierająca niepokojącą formę. Jestem ciekawa, jak to będzie. W razie czego, zawsze możemy wrócić na ed ;)

Zostaw komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany.

Możesz używać tych tagów HTML i atrybutów:

<a href="" title=""> <abbr title=""> <acronym title=""> <b> <blockquote cite=""> <cite> <code> <del datetime=""> <em> <i> <q cite=""> <s> <strike> <strong>